Historia pewnej kuchni :)

Miałem troszkę czasu, to postanowiłem to opisać... Droga do sukcesu może być długa i wyboista. Tworzenie tej kuchni to doskonale pokazuje. Program Usterka w TVN to małe piwo...

Od razu zastrzegam, że oglądanie zdjęć bez przeczytania poniższego, jest złamaniem licencji użytkowania ;) i nie ma większego sensu....

  • Sierpień 2004

    Podejmuję decyzję o zrobieniu sobie odjazdowej kuchni. Mam alternatywę: dać zarobić obcym lub zostawić pieniądze u dobrego znajomego. Nazwijmy go, żeby nie robić kryptoreklamy: Zdzisio. Zdzisio przekonuje, że u niego będzie lepiej i TANIEJ, pokazuje katalogi, zdjęcia (szkoda, że nie swojej roboty...). Wychodzę z założenia, że skoro to taki fachowiec, to nie warto zostawiać gotówki u obcych. Lepiej popierać znajomych. Mam projekt od architekta wnętrz. Znajomy patrzy na projekt i wycenia meble w kuchni na ok. 6.000 zł, dodając, że to jest po znajomości, bo normalnie to on za TAKĄ robotę to bierze ok. 10.000 zł. Jestem cały w skowronkach, taka okazja i dam jeszcze znajomkowi zarobić - super układ. Termin? Nie spieszy mi się, ustalamy połowę października. Znajomemu pasuje bo ma kupę roboty - opędzić się od klientów nie może - tak twierdzi. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że lepiej trafić nie mogłem - prawdziwy zawodowiec !!! :) Profilaktycznie informuje mnie, że może być lekkie opóźnienie w terminie, ale góra tydzień. Ja to rozumiem, jak ktoś jest dobry - to musi mieć dużo zleceń. Zrozumiałe.

  • Październik 2004

    Wchodzę w to! W połowie października dowiaduje się ze stolarnia zawaliła trochę termin. A to gałgany myśle, ale dobra, na kiedy będzie? Koniec października. Super - myślę. Nie jestem raptusem.

  • Listopad 2004

    Koniec października minął, więc myśle sobie, zadzwonię do Zdzisia, bo może był i mnie nie zastał. Ale gdzie tam, nie było go, ale już się grzeje w blokach, tylko transport zawalił terminy (gałgany jedne) i ma lekki obsuw. OK. Kiedy będziesz, pytam. Zdzisio stwierdził, że ma w najbliższych dniach trochę luzu, to wpadnie i podwiezie graty, żeby potem się robota paliła w rękach. Myśle, jazda!!! W końcu się doczekałem, będę miał wymarzoną kuchnię. Mamy miesiąc obsuwu, ale jakie to ma znaczenie kiedy będę mógł w końcu zrobić sobie normalnie koryto :) i umyć naczynia w zmywarce, a nie w umywalce w kiblu... Niestety jak nie urok, to sraczka, Zdzisiowi coś wypadło i raczej nie powinienem liczyć, że uda się coś zrobić przed 25 listopada. Siła wyższa - nie poradzisz. Pojawiają mi się w mojej głowie pierwsze wątpliwości czy aby na Święta Bożego Narodzenia, uda się dokończyć dzieła. No więc co trzeba zadzwonić. Zdzisio kamiennym głosem bez emocji stwierdza, że "żeby skały srały" do 10 grudnia, robię parapetówkę w kuchni. Co mam Zdzisiowi nie wierzyć, w końcu bardzo dobry znajomy. A przeszkody na drodze ma każdy dobry fachowiec.

  • Grudzień 2004

    2 grudnia, wjeżdza ekipa w ilości 2 gości, ale bez Zdzisia bo strasznie zajęty. Jeden gość o fizjonomii Jezusa, żywcem jakby go z obrazu ściągnęli, chudy taki, że musiał dwa razy do pokoju wejść, żeby go raz zobaczyć. Drugi fachowiec, bardziej spasiony, odpicowany w spodnie od gajeru i koszule, ot prosto ze ślubu, lub innej poważnej uroczystości co najmniej kościelnej wyciągnięty. Ale do rzeczy. Goście wnoszą graty, niektóre częściowo zmontowane. Na dworze pada deszcz. Chłopaki zamiast od razu wnosić do domu, żeby nie padało na (podobno) naturalną okleinę, bo wrażliwa, wystawili wszystko przed domem i pada na meble. Co tam, powyciera się. Nie ma szans żeby się poodklejało. Co mam nie wierzyć fachowcom. Umawiali się że przyjadą koło południa, dojechali na 19.oo, ale co tam niech robią, nie mam sąsiadów ani dziecka, więc nocne hałasy nie przeszkadzają. Pytam tego bardziej nakarmionego czy będzie w takich eleganckich spodniach montował mi te graty, bo trochę szkoda. Pan o twarzy z wyglądu zupełnie podobnej do nikogo odpowiada, że oczywiście nie będzie, bo oni tylko przywieźli a i tak już po 20.oo, więc oni jada pomieszkać :). Trochę się zirytowałem, ale pomyślałem, że i tak nie jest źle, bo jakie 80% gratów mam już na miejscu. :))) Dzwonie do Zdzisia i pytam kiedy finisz? Zdzisio mi mówi, że te gałgany pracowniki mu zaniemogły. Jak nie urok to sraczka. Przyjedzie sam. Ufff, mam farta, zamontuje mi graty sam Pan Prezes Zdzisio. Jak patrzyłem ta tych dwóch patafianów, co mi składniki mebelków wnosili, to lekko zwątpiłem czy im się uda zrobić to bezbłędnie, ale skoro Zdzisio sam to zrobi, to miód na moje skołatane serce. Czekamy zatem.

  • Grudzień 2004, czternastego

    Jestem upierdliwy bo ciągle Zdzisio nie przyjeżdza, więc zaczynam go nękać telefonami, i to nie z czystej złośliwości, czy też wątpliwości, tylko Święta za 10 dni, a tu lekka zima. W końcu Zdzisio mowi: "Jadę do Ciebie". Co za niefart, bo ja nie mogę być w domu, mam pilną pracę w firmie. A lubie patrzeć jak mi fachowcy coś montują, taki mam upierdliwy charakter. Ale nic to. W domu jest na szczęście moja luba, przeszkoliłem ją profilaktycznie na co ma zwracać uwagę. Ale przecież nie będzie musiała interweniować, bo sam prezes będzie montował - pełne zaufanie. Myśle, przyjdę wieczorkiem, będzie gotowe, kupię flaszkę wody i szampana to se rozbijemy o lodówkę, tak jak na filmach woduje się statki. Jak swięto to święto.

    Tymczasem Zdzisio trafia na nieoczekiwane trudności. Okazuje się, że podwykonawca zrobił za wysoką szafkę na lodówkę. Hmmmmm co tu zrobić? Ale Zdzisio nie jest niedorajdą i pyta mojej Pani czy nie ma gdzieś w domu takiej elektrycznej piłki/wyrzynarki, bo musi kilka centymetrów skrócić boki szafki na lodówkę i front jest niższy od boków. Głupio wygląda i trzeba to zniwelować. Mam taka wyrzynarkę, ale dobrze zamelinowaną i nie znajduje jej, bo jak z nam życie, to Jonasz jeden by mi ją zjarał. Ha, pomyślał Zdzisio, nie od parady oglądałem w młodości czasach niejakiego Adama Słodowego i Zaczarowany Ołówek. A brzeszczota do metalu gdzieś nie ma? A jest!!! :) No to jesteśmy w domu! Zawijamy w gazetkę i już mamy fachowe narządko do usuwania błędów tych nieudolnych bałwanów podwykonawców, czyli skrócenia nadwyżki boków szafki od lodówki. Na kolejnych obrazkach będziecie mogli dokładnie zobaczyć, jak fachowo się to robi :). Dobrze że mnie nie było, bo chyba by się krew polała... ;-)

    Na następny dzień już byłem, Zdzisio przyfalował i zabiera się do wieszania szafek. Na ścianie przyklejone są kafle, puste miejsca bez kafli wg projektu maja przykryć szafki. W sumie racja, po co za szafkami włoskie gresy za 250 PLN/m2. Szafki powieszone. Na razie się nie odzywam, nie znam się, ale widzę, że Zdzisio ma minę niekiepską. Coś nie pasuje..... Szafki nie zakrywają całej przestrzeni bez kafli.... co tu zrobic?.....co tu zrobić?..... myśli Zdzisio.... nie wygląda w sumie źle. Przekonuje mnie ze nie jest źle, ale ja jakis nieżyciowy i upierdliwy jestem bo się na to przestaję zgadzać, co on wyczynia mi z tą kuchnią. Druga szafka "wyszła" o głębokości 60cm.... nad zlewem. Czyli myjąc coś w zlewie i stojąc wyprostowanym nie będziecie widzieli swoich rąk.... Nie no, wymiękłem. Pytam w końcu: co ty qwa chłopie odpierdalasz?

    A Zdzisio na to:

    Nie oceniaj pracy przed jej zakonczeniem!
    To wszystko można naprawić.....

    Wypierdoliłem gościa razem z tą całą jego wspaniałą robotą z domu. Zapraszam do oglądania zdjęć z opisami. Nie uwierzycie :)))) To nie jest fotomontaż. Takich mamy fachowców.


| Galeria zdjęć |


Kopiowanie w całości lub fragmentach zabronione - kontakt: spamcop[at]interia.pl



POP.PL